Słodka pułapka2
Dlaczego cukier szkodzi czyli recenzja książki „Słodka pułapka”
13 kwietnia 2016
chleb bananowy przepis
Przepis na szybki i prosty chleb bananowy
25 kwietnia 2016

Marchewki nie można w insulinooporności! Serio?

marchew IG insulinooporność

Jestem dietetykiem i naturalne dla mnie jest to, że staram się śledzić co dzieje się na rynku żywieniowym, ale także co dzieje się za zamkniętymi drzwami grup wsparcia chociażby na facebooku. Czytam wiele z nich, a przynajmniej się staram. Ostatnio coraz częściej siedzę cicho niż się wychylam, bo zwyczajnie zaczynam odczuwać brak sensu w udzielaniu odpowiedzi na nurtujące wiele osób pytania. Okazuje się również, że studia i jakieś tam mniejsze lub większe doświadczenie mojej osoby ma się nijak do grupowych ekspertów, ale chylę czoła i usuwam się w cień. Robię to dlatego, że na moje miejsce znajdzie się w mig masę innych osób, które służą poradą, niekoniecznie sensowną, ale na pewno jakąś. W moim mniemaniu częściej się komuś szkodzi niż pomaga, ale tak zbudowany jest świat. Nie warto rwać włosów z głowy. 
 

Jako, że mam insulinooporność w przebiegu PCOS staram się być także na bieżąco w tym temacie i czytać, szukać, poznawać problemy potencjalnych klientów. Może inne niż te, które znam do tej pory. Ot, taki element samokształcenia i chęci lepszego służenia innym.  W toku tego procesu najczęściej słyszę, że w insulinooporności nie można bananów,  ziemniaków, marchewki, buraków, owoców suszonych, ananasów, dżemów (nawet bez cukru albo słodzonych zagęszczonym sokiem z jabłek), soków i wielu innych produktów. Generalnie owoców świeżych oprócz jagodowych nie można też.  To przecież czysty cukier! Właściwie nie można nic oprócz białka, zdrowych tłuszczy (najczęściej jednak na talerzach ląduje hodowlany łosoś naszprycowany antybiotykami i hormonami! sick!) i pełnoziarnistych produktów (w limicie oczywiście, co niektórzy wykluczają ziarna zupełnie lub eliminują te z glutenem) oraz warzyw – oprócz ziemniaków oczywiście. 
 

I tak przebierabiam na co dzień co można, a czego nie można. Dietetyczni eksperci na forum zawsze służą radą. Tak łatwo wydają osądy. Z tak olbrzymią lekkością przychodzi im mówienie innym co mogą jeść, a czego nie. Mają sporą odwagę.
 

Ktoś teraz powie, że przecież ja też udzielam porad i nie zaglądam w badania, historię choroby i nie znam kogoś kto mnie o coś zapyta. Oczywiście. Natomiast biorę za to odpowiedzialność i udzielam takiej odpowiedzi by osoba, która z niej może skorzystać nie ucierpiała. Są również porady, które w moim mniemaniu są bardzo bezpieczne i generalnie nie bardzo da się zrobić nimi krzywdy. Przy założeniu, że nie zgłasza się do nas osoba, która cierpi na wiele jednostek chorobowych, ale to już inna bajka. 
 

Wracając do wątku…
 

Jako, że ostatnio jedna sytuacja ruszyła mnie dosyć mocno postanowiłam, że ją tutaj przytoczę.  Otóż na grupie zamkniętej, ktoś dzieli się pomysłem na posiłek. Znajduje się w nim marchewka w kształcie makaronu sphagetti potraktowana pewnie obieraczką typu julienne wraz innymi warzywami i jakimś źródłem białka. Jak reagują odbiorcy?
 

MARCHEWKA MA WYSOKIE IG!!!! 

PRZY INSULINOOPORNOŚCI NIE MOŻNA MARCHEWKI!!!!
 

Ręce opadają. Kurtyna.
 

Gdzieś tam dalej w komentarzach,  ktoś pisze całkiem rozsądnie: 
 

„To przecież jedna marchewka z dodatkiem tłuszczu i białka więc nie zaszkodzi w tym połączeniu. Poza tym nie dajmy się zwariować”. Odniosłam wrażenie, że ta opinia jakoś nie została usłyszana. 

 
A teraz pytam:

SERIO?

Insulinnoporność bierze się od podsmażonej marchewki? Insulinooporności szkodzi marchewka w takim połączeniu? 

 

Jakoś nie mogę zrozumieć tego wszystkuiego. Mając isulinooporność różne osoby nadal jedzą słodycze, piją słodkie napoje lub soki oszukując się, że tak jest zdrowiej. NIE RUSZAJĄ SIĘ W OGÓLE. Ich tryb życia polega na wyjściu do pracy, spędzaniu w niej kilka godzin, wyjściu, wróceniu do domu i siedzeniu przed komputerem lub telewizorem. Wiele osób zupełnie nie dba o higienę swojego umysłu. Nie dba o odżywianie psychiki. Nie dba o naturalny ruch, który wpisany jest w życie. Nie dba o oddychanie. O spacer i czerpanie świeżego powietrza by dostało się do każdej komórki naszego ciała – machiny, która codzienie cieżko pracuje na nasze  jestestwo. Może będę okrutna, ale wiele osób ma niedobory witaminy D, bo ich twarze nie widzą prawie nigdy słońca!

 

ALE MARCHEWKA? MARCHEWKA MA WYSOKIE IG! TEGO NIE MOŻNA W INSULINOOPORNOŚCI! 

 

Zastanawiam się też czy Ci, którzy robią z marchewki potwora, z ziemniaka obiekt totalnie zakazany zastanawiają się jakie mięso kupują w sklepie, czy wiedzą co jest w wędlinie, którą kładą na kanapkę, albo w porówkach, które znajdują się na talerzach, czy może sprawdzają składy produktów kosmetycznych i chemii stosowanej w domu? Zastanawiam się czy kupują produkty puszkowane i wiedzą, że najczęściej wyściółka puszek zawiera bardzo szkodliwy bisfenol A, który ma zdolności wchodzenia w interakcje z naszym układem hormonalnym! Bisfenol A ma właściwości estrogenne! A może codziennie piją wodę z plastikowej butelki, która być może była wystawiona na działanie temperatury i pewne związki przechodzą z plastiku do wody?

 

Zastanawiam się kiedy senownie i rozważnie ludzie podejdą do siebie i swojego zdrowia. Kiedy zrozumieją, że MY, nasz organizm to całość: ciało, które powinno dostawać naturalną dawkę ruchu, każda komórka ciała, która potrzebuje dobrej energii z pożywienia by wspierać nasz rozwój, sen, odporność na choroby, ale także psychika. Cudowna psychika, która tworzy nas, nasze emocje, uczucia, wspomnienia, samopoczucie na co dzień i reagowanie na to co nas spotyka.  To elementy układanki nierozerwalnie ze sobą związane.

 

Kiedy lubie zrozumieją, że człowiek to całość? Kiedy? Kiedy marchewka z wysokim IG nie będzie wrogiem numer 1? Lub ziemniak i kurczak z chrupiącą skórkę na niedzielny obiad? Taki tradycyjny. Przyrządzony z dobrej jakości produktów i z sercem. Kiedy wreszcie człowiek nauczy się, że na nasze zdrowie składają się tysiące elementów stylu życia, a nie jedna marchewka z wysokim IG? 

 

  • SceneSyll

    Pcos w insulinoopornosci wyleczony! Musiałam schudnąć choć nie byłam gruba. Zero cukru, dużo warzyw i marchewki, chude mięso, chleb żytni, ogromne ilości wody i herbata z liści morwy białej od dziadka z działki bo kiedyś hodowal jedwabniki. Cypriodol z przerwami. Ruszania tyłka z fotela wokół kamienicy. Bez alkoholu albo alkohol ze zwiększonym ruchem. Mniej stresu lub więcej ruchu. Codziennie jajecznica. Małe posiłki a dużo.

  • Anna Piecuch

    dodam coś od siebie w tym temacie, ale prosze to potraktowac bardziej jako ROZWAZANIA I GDYBANIA, niż naukowy wywód – bo do tego nie mam stosownych uprawnień i wiedzy. akurat ostatnio przeczytałam ciekawą rzecz o tej biednej cieszącej się taką (buuuuu) złą sławą – marchewce.

    było to albo food pharmacy albo rzucam cukier, musiałabym sprawdzić, swoją drogą fajne pouczające książki, ale też nie prowadzące do skrajnego wariactwa. rzucam cukier zdecydowanie bardziej radykalna, głównie przez podejście do owoców bogatych we fruktozę, ale i tak mniej radykalna jak się JĄ czyta, niż gdy czyta się O NIEJ…

    najpierw posilę się def. ze starej dobrej wikipedii: Indeks glikemiczny jest definiowany jako średni, procentowy wzrost stężenia glukozy we krwi po spożyciu, przez reprezentatywną statystycznie grupę ludzi, porcji produktu zawierającej 50 gramów przyswajalnych węglowodanów. Te 50 g przyswajalnych węglowodanów to słowo klucz w tym przypadku, wynikałoby z tego, że IG należy intepretować łącznie z informacją o zawartości tychże węglowodanów w danym produkcie (nie wspominając o innych sprawach jak choćby zawartość witamin i innych cennych elementów, ze względu na które pewne rzeczy pomimo często-gęsto wyższej kalorycznosci, ig, aktualnej mody i pogody itp. po prostu bardziej nam się OPŁACA jeść…) Surowa marchewka zawiera ich (węgli) w 100 g, uwaga… około 5 g. W produkcie poddanym szeroko pojętej obróbce cieplnej te proporcje pewnie nieznacznie się zmienią, ale nie znam dokładnych danych. Ale dla porównania produkty „mączne”, makarony, białe pieczywo itp. czyli produkty z tzw. cukrem „ukrytym”, których rzeczywiście powinniśmy się (jak już) bać, zawierają w 100 g produktu między 50 a nawet 80 g węglowodanów!

    Nie chcę zanudzać matematycznymi rachunkami, ale już na zdrowy rozum widać, że ciężko byłoby nawet pożreć taką porcję marchewki, w której zawartość węglowodanów (odpowiedzialnych za „skoki” cukru) odpowiadałaby takiej samej zawartości węgli w zwykłej porcji makaronu, mniej więcej: zamiast porcji 100 g makaronu – zjedz 1,4kg marchewki (mają zbliżony IG). i proszę mnie poprawić, jeśli się mylę…

  • Paulina Pytel

    Walka z IO jest truuuudna. Ilość sprzecznych informacji w internecie – ogromna.
    Pamiętam największy szok jaki przeżyłam – na początku drogi oglądałam filmik na youtubie Ajwen i stanęły mi łzy w oczach..
    Bo nawet herbaty nie wolno i też mowa była o tej słynnej marchewce ale był też komentarz, że nie każdemu będzie szkodzić.
    Z herbaty zrezygnowałam na samym początku, teraz sobie pozwalam. Myślę, że to wszystko zależy od stopnia IO. Niektórzy będą mieli większe restrykcje, inni mniejsze. Jednak widzę tak wielkie efekty w moim przypadku, że nic a nic mnie nie kusi. Wierzę też, że wyleczę się z tego i to mam przed oczami jak widzę przeszkody. Wtedy jest łatwiej 🙂
    Moja mama też ma IO i absolutnie nie zrezygnowała z nabiału bo jak mówi – dla niej to koniec świata.
    Więc trzyma dietę i zostawiła nabiał i chudnie i to bardzo dobrze.
    Oczywiście w dłuższej perspektywie czasu – wie, że warto rzucić i będzie próbować. Natomiast nie ma co hejtować. Każdy wprowadza takie zmiany, jakie czuje, że może.

  • Agata Majsak

    Ten post to sedno wszystkiego <3 Ja ogólnie mam dietę od dietetyczki klinicznej i parę rzeczy się nie zgadza z tymi mądrościami na grupie IO… Najważniejsze, że chudnę, czuję się dobrze i wyniki się polepszają. Grupy wsparcia IO staram się nie czytać, bo na początku mojej choroby prawie wpędziła mnie w nerwicę… chociaż muszę przyznać, że parę dni temu miałam setny ubaw gdy jedna z użytkowniczek zrezygnowała ze swojej ulubionej herbaty, bo w torebeczce do zaparzania był kawałeczek kandyzowanego ananasa…

    • Agata najważniejsze, że skorzystałaś z pomocy specjalisty, a nie polegałaś na grupie. Jak patrzę ile kobiet chodzi po kole, bo nie decydują się iść po profesjonalną pomoc to jest mi zwyczajnie przykro. Cieszę się, że czujesz się dobrze! Trzymam kciuki. Warto jeść zdrowo, trzymac się planu i nie dać zwariować 😉

  • Anna

    Oj tak. Czytając rady i porady w wielu miejscach można zgłupieć po prostu. Ostatnio zachodziłam w głowę czy mogę ugotować zupę krem składającą się z pora, selera korzeniowego i selera naciowego. Zostałam zakrzyczana, że nie wolno, bo IG wysokie selera.
    Ugotowałam, zjadłam, dodałam kleks jogurtu naturalnego bez mleka w proszku, skropiłam oliwą z oliwek i dużą dawką natki i koperku posypałam, dodałam też startego surowego selera jako pseudo-makaron. Nie czułam się po senna ani nic z tych rzeczy.
    Miałam konsultacje u dietetyka klinicznego, również w czasie ostatniego pobytu w szpitalu (ta sama osoba). Nasłuchałam się że jak to, że żadne jajka na śniadanie, że broń boże węglowodany złożone popołudniu, tylko rano. Pani oczywiście sama wiedziała lepiej co jem i jak jem. Że na pewno nie tak i za dużo. A i dostałam jadłospis, gdzie były buraki gotowane, i cukier w kawie do któregoś tam śniadania. Że na śniadanie tylko owsianka, a ja po owsiance z rana zaliczam zgon i nie mogę dojechać do pracy, zasypiam w tramwaju. Gdy po raz setny udowadniałam, ze nie jestem jeleniem, bo zdrowo odżywiam się od kilku lat. Nie słodzę i nie jem słodyczy odkąd jestem małą dziewczynką, sporadycznie kawałek ciasta parę razy w roku mi się zdarzał – nic więcej. Nie jadłam tłusto, nie jadłam jasnego pieczywa, jadłam pełnoziarniste produkty, kasze, ryby. Ale wszyscy i tak wiedzieli lepiej, że jadłam „źle” lub „za dużo”. Moja frustracja narastała i mój Mąż stwierdził, że tak nie może być. Stwierdził, że skoro sama mam taką wiedzę w tej dziedzinie, lub wiem gdzie jej szukać, to sama będę wiedziała najlepiej jak o siebie zadbać. Spisałam to wszystko na straty i sama sobie układam jadłospis. Słucham swojego ciała, obserwuję jak się czuję. Jem jajka na śniadanie, węglowodany złożone popołudniu lub wieczorem i tak mi najlepiej. Jem co 3-4 godziny, nie chodzę głodna, nie popadam w senność po posiłkach i chudnę.
    Ale jak czasem widzę na grupach czy forach nagonkę, że tylko to czy to jest słuszne to mnie trafia. Marchewka i burak urastają do rangi największego wroga. Do tego jeszcze na pewno powinnam całkowicie wykluczyć gluten, nabiał i strączki. I innej opcji nie ma. Albo na to przystanę, albo będę krytykowana non stop. A tylko niech spróbuję komuś powiedzieć, ze powinien całkowicie zrezygnować ze smaku słodkiego – czyli cukru, miodu i słodzików, dla własnego dobra i że sernik można zrobić bez ksylitolu, na zimno, z owocami – to, lub upiec gryczane muffiny – również bez cukru a np. z jabłkiem. To mam wrażenie, że lepiej, żeby nic nikomu nie radzić.
    Ale i tak czasami mam wrażenie, że błądzę po omacku, bo w wielu miejscach informacje podawane są sprzeczne……

    • Bardzo dziękuję Ci za ten obszerny komentarz i podzielenie się swoimi doświadczeniami. 🙂 Cieszę się, że świadomie dążysz do poznania siebie i swojego organizmu. To sytuacja idealna kiedy pacjent tak pracuje nad sobą. Nikt inny nie będzie nigdy znał tak Twojego organizmu, reakcji na sytuacje żywieniowe, myśli i dążeń jak Ty sama. Jeśli ten model przynosi rezultaty, wyniki badań się poprawiają, a Ty się dobrze czujesz to warto go kontynuować. Tak przynajmniej mi się wydaje 😉

      Ja również zetknęłam się nieraz z krytyką mojej osoby kiedy mówiłam, że na śniadanie wiele osób zjada węglowodany w PCOS bo po białkowo-tłuszczowych śniadaniach chce im się np. wymiotować lub że są osoby, które z PCOS radzą sobie na diecie wegetariańskiej. Dla wielu osób takie informacje to fanaberie. Tymczasem każdy jest inny. NIektórzy muszą zjesć coś słodkiego, bo inaczej położą dietę. Wiem to. Zalecam im zatem sensowną słodkość. Dokładnie tak. Zalecam im, bo lepiej mieć pacjenta, który zje sensowną słodkość i nie położy diety, niż takiego, który nie zje 2 tygodnie, a w 3 tygodniu przestanie wierzyć w siebie i rzuci wszystko. To zawsze jest ważenie zysków i strat.

      Wracając również do sprzeczności…ja mam swój styl pracy, patrzenia na człowieka i mam nadzieję, że więcej osób dzięki m.in. temu blogowi zacznie stąpać drogą zdrowego podejścia do odżywienia i siebie. Chcę aby ludzie byli świadomi i nauczyli się krytycznie podchodzić do nowinek. 🙂 Pozdrawiam

      • Anna

        Dopóki będę widziała pozytywne efekty, to będę go kontynuować. Wiem, że warto. Po prostu obserwacja i poznanie siebie to klucz. No i wyeliminowanie cichego mordercy wszystkiego przy tych schorzeniach – stresu. 🙂
        Jeśli ktoś ma położyć dietę, bo rzuci się na słodkie i zaniecha wszystkiego – to wtedy sensowna słodkość ma sens. 🙂 Wtedy słodka zdrowsza czy zdrowa alternatywa ma sens i utwierdza w sumie w zmianie nawyków. Także masz rację z ważeniem zysków i strat. 🙂
        Chodziło mi raczej o to, że wiele osób nie chce pewnych rzeczy przyjąć do wiadomości i woli wygodne wymówki i rozwiązania, niż uzmysłowić sobie problem i zagrożenie. A lepsza alternatywa istnieje zawsze.
        A każde rozwiązanie musi być szyte na miarę, bo jeśli ktoś nie lubi mięsa to więcej się osiągnie nie zmuszając go do jedzenie tego, niż stawienie wyboru albo mięso albo będziesz chory. Zawsze jest rozwiązanie. Wystarczy obserwacja, czujność na siebie i chęć. Ja wciąż się tego uczę.
        Ostatnio jest jakaś fala promocji paleo przy IO i PCOS, wszyscy, którzy się z tym nie zgadzają są hejtowani. Nie jesz tak – nic nie wiesz, nie znasz się, nie wyzdrowiejesz itd. A przecież to nie jedyna droga….. Wszystko powinno się przefiltrować przez siebie.
        Pozdrawiam 🙂